Ludzie i kwiaty


życia ludzi są
jak życia kwiatów
krótkie i nietrwałe

uschłe płatki i łodygi
uschłe twarze i kończyny
losy ścięte i wyrwane
zgwałcone i rozstrzelane

kolejne okazy do kolekcji
światowych deflorystów

nocny jeździec

wracałem nocną
austostradą z jamajki
na skrzyżowaniu z golfstromem
wysiadł rybak dwojga rur
i kiedy walery został
generałem komuny
paryż się spalił
czerwienią i żółcią
jesiennych liści
prochy rozsypały się
wokół szminek oskara
fryderyk z jimem zagrali
dwunastotaktowy nokturn
a wiatr grał na organkach

Pan Ó. i wiedza

Pan Ó. zauważył, że paradoksalnie Wiedzący wiedzą więcej niż Wszystko-Wiedzący.
To spostrzeżenie bardzo go ucieszyło, bo sam Pan Ó. wie doskonale jaką kawę lubi najbardziej, ale, co do innych rzeczy na świecie, Pan Ó. nie ma już takiej pewności.

#samowite_przypadki_pana_ó

piekło niebo?

prosta sprawa
z kawałka papieru
składasz takie coś
na palce
dwa trójkąciki malujesz
na czerwono
a dwa na niebiesko
zakładasz i poruszasz
raz tak raz siak
ekstaza
cierpienie
i tak w kółko
na twe życzenie

jeśli bardzo chcesz
możesz się nazwać bogiem
ale ta zabawka i tak kiedyś
się rozsypie

obróciłem się

obróciłem się
w dziesięć małych mantr
obróciłem cię
w dziesięć małych słońc
obróciłem nas
w dziesięć małych
cieciorkowych kulek

usmażyłem je na słońcach
dukając mantry

obróciłem się
i ujrzałem cały świat
tuż za rogiem

elektronowa maszyna cyfrowa

elektronowa maszyna cyfrowa
na pełną parę
tworzy i wypluwa słowa
na słowo horroru
a gdyby wiedziała
że tak wygląda życie
to nigdy by się na nie
nie zdecydowała
i myślałem o tym żeby zwariować
i myślałem o tamtym żeby zanurkować
ale gonić okazji
mi się nie chciało
a zresztą… zbuntowało się ciało
przeciw szałom
szalom!
elektronowa maszyna cyfrowa
zatkała się i umilkła
za kilkadziesiąt lat
zeżre ją rdza i porosną
porosty
to proste

szedłem na wschód

szedłem na wschód
potem na południe
(nie dam głowy
że też nie na
południowy zachód)
to tu to tam
skręcałem i zawracałem
nadwyrężałem stawy
wdychałem i wydychałem
mokłem i schłem
gadałem z dębami
gwizdałem z kosami
pozdrawiałem ludzi
układałem wiersze
odmawiałem mantry
medytowałem
sikałem pod krzakami
kląłem przy potknięciach
i wciąż
szedłem i szedłem
tą cholerną drogą
i tak dalej

żarówki

wszystkie istoty to żarówki
połączone szeregowo
w nieskończonym
zamkniętym obwodzie
żadna nie zaświeci sama
bez każdej nie zaświecą inne
co rzekł przebudzony
o niebieskiej szyi
wpatrujący się w blaski
wszechświata

wszystko się rozmienia

Profesor Obuandiag Ken Obi poszedł na koncert do fildysharmonii. Publiczność bardzo długo biła brawa, aż te zaczęły wyć z bólu i w końcu uciekły. Ken Obiemu już nie chciało się czekać na muzykę, zwłaszcza, że ta jak zwykle nie przybyła na czas i muzycy patrzyli na siebie zdezorientowani i rozgoryczeni. Wyszedł więc w ciepły wieczór i na ulicy złapał pędzący gdzieś telefon.

– Kleopatra Tebawer, ekspresowe połączenie – zadysponował.

– Już łączę – odpowiedział telefon.

Ken Obi trzymał się mocno aparatu, który gnał szybciej niż pozwalały na to przepisy, potrącając co chwila elektrony swobodne oraz udające się na zebrania upiory i wiedźmy.

– Zwolnij może trochę – zajęczał Obuandiag.

– Ale policzę i tak za ekspresowe – ostrzegł telefon.

– Mam to w abonamencie.

Telefon obraził się i już do końca wlekli się w żółwim tempie.

Kleopatra zdwała się zaskoczona widokiem Ken Obiego.

– No hej, profesorku! Co tu robisz?

– Przybyłem odbyć z tobą rozmowę telefoniczną, a poza tym chcę tu trochę pomieszkać.

– A nie możesz u siebie?

– Chciałem ci przypomnieć, moja droga, że właśnie jestem u siebie.

Kleopatra rozdziawiła swe piękne usta, wypuściła obłok dymu, o którym zupłenie zapomniała, gdy godzinę temu  zaciągnęła się ziołową fajką wodną, zamyśliła się na chwilę, po czym wybuchła perlistym śmiechem. Perły rozsypały się na dywan, skąd natychmiast pozbierały je do swych muszli pasożytujące w dywanie małe małże.

– Ależ tak! Przecież to ja mieszkam u ciebie, profesorku. Zapomniałam, że żyjemy ze sobą od ostatniego przewrotu .

Ken Obiemu jednak nie było do śmiechu. Skrzywił się wspominając ten ostatni przewrót, który wybitnie mu nie wyszedł, bo upadł na plecy i bardzo się potłukł. Kleopatra wtedy się nim zajęła i została już na dłużej.

– Musimy pogadać, maleńka – rzucił przez zęby. Zapomniał, że miał tego nie robić, bo jedynki tego nie lubiły i kolejny raz mu wypadły. Profesor rzucił się rozpaczliwie na podłogę, by uprzedzić małe małże, które często myliły zęby z perłami i z ochotą przywłaszczały je sobie.

– Ej, najdroższy! Nie musisz padać mi do nóg. Chętnie z tobą porozmawiam.

Obuandiag wstawił szybko odzyskane jedynki, przepłukał usta, zapłacił sobie za wykonany zabieg przelewem płynu do dezynfekcji, spojrzał na Kleopatrę, otworzył usta i zastygł.

– Zupełnie zapomniałem, co miałem ci powiedzieć.

– Może, że mnie kochasz?

– Nie żartuj sobie! Po pierwsze jestem profesorem, po drugie należę do rodu Ken Obich, a po trzecie zostałem dziś pozbawiony katedry. A, właśnie! Właśnie to miałem ci powiedzieć! Straciłem pracę na uczelni, bo nie chciałem grać z rektorem w kapsle. A nie chciałem, bo on grywa żywymi kapslami, w które pstryka mocno i  bez litości. Muszę więc poszukać sobie jakiegoś nowego zajęcia. A do czasu, gdy je znajdę, będę na twoim utrzymaniu.

– Ależ… ależ… ja przecież… ja przecież nie pracuję – wystękała Kleopatra.

– To bardzo niedobrze. To wysoce nieobywatelska i  niemoralna postawa!

– Jakoś dotąd ci to nie przeszkadzało!

– Ale wszystko się zmieniło! Nie widzisz tego? – krzyknął Ken Obi, z trudem powstrzymując złość, która aż poczerwieniała próbując się mu wyrwać.

Kleopatra rozejrzała się starannie wokół i ze zdumieniem odrzekła:

– Faktycznie! Wszystko się zmieniło!

Profesor rozejrzał się wokół i musiał przytaknąć słowom Kleopatry, no i oczywiście swoim. Jego sugestia zaistniałych zmian była tak silna, że zmusiła wszechświat do dostosowania się do jego potężnej woli.

– Musimy wezwać szybko Holmesa Aureliusza! On nam pomoże wybrnąć z tych opresji – zdecydował Obuandiag.

Ale nie był w stanie tego zrobić. Jako się rzekło, wokół zmieniło się wszystko; nie było więc jak wezwać Holmesa Aureliusza. Co więcej, nie było samego Holmesa Aureliusza, bo zmienił się w uliczny hydrant. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi (wcześniej były palmą w doniczce), w których stanął pluszowy fotel Holmesa, a właściwie to, co kiedyś nim było, a teraz wyglądało zupełnie jak generał ochotniczej żandarmerii.

– No więc taką mamy sytuację – powiedział fotel-generał. – Postąpił pan bardzo nierozważnie, profesorze, i będę musiał wyciągnąć wobec pana surowe konsekwencje.

Wyciągnął zza pazuchy wielki i gruby zeszyt w pluszowej okładce (jedyne, co świadczyło o niedawnej fotelowatości generała), przerzucił kilka kartek i zaczął coś w nim pisać.

– Niestety, nie mogę za dzień dzisiejszy postawić panu ani słoneczka ani misia. Otrzymuje pan więc w dzienniku chmurkę i do tego z błyskawicą. Mam nadzieję, że jutro się pan poprawi.

– Och, nie! – zajęczał Ken Obi – jestem zrujnowany! Zrujnowałeś mnie, kanalio!

– Taką mam teraz pracę – wysapał generał, usmiechając się obleśnie.

– Profesorku! – odezwała się nagle Kleopatra. – Rzucam cię! Nie mogę żyć z kimś, kto dostał w dzienniku chmurkę i do tego z błyskawicą. Jestem porządną dziewczyną.

Generał na te słowa zaśmiał się tak rechotliwie, że aż zakrztusił się, wydzielając z siebie tumany kurzu, którymi nasiąkł, jeszcze będąc fotelem.

– No, dobra, mała – zwrócił się do młodej kobiety – pójdziesz więc z mną. Podobasz mi się.

Wyszli. Profesor osunął się zmęczony i zrozpaczony na ziemię, przygniatając przy okazji kilka byłych małych małży, które stały się teraz znakami przestankowymi.

– Muszę trochę odpocząć, a potem wszystko odmienię siłą mej woli, żeby było, jak było – wyszeptał.

– Nie sądzę, by ci się udało – wycedził z satysfakcją jeden z ocalałych małży – przecinek. – Jak mówi nasza stara maksyma, nigdy nie wchodzi się dwa razy na ten sam dywan.